Rejs na Zawiszy Czarnym
29 Luty 2008
Jest zimny, wietrzny lutowy piątek, Warszawa, dworzec centralny. Powoli wszyscy zbieramy się w umówinym miejscu Duchu, Paciek, Zuza, Zagoździńscy i Marcia. To już dziś siadamy w pociąg i jedziemy do Gdyni, gdzie czeka na nas zacumowany Zawisza Czarny. Zanim wsiądziemy do pociągu jeszcze po kawałku pizzy w dworcowej restauracji i drobne zakupy na podróż. Długa podróż mija w miłej atmosferze, rozmawiamy, wspominamy wcześniejsze wspólne wypady na żagle. Znamy się już jakiś czas, także wspólnych tematów nie brakuje. Do Gdyni dojeżdżamy o 2350, jesteśmy starsznie głodni, koniecznie musimy coś zjeść. Czeka nas przecież spacerek na Skwer Kościuszki bo oczywiście taksówkarze, do portu nie jeżdżą ... za krótka trasa. Zresztą spacerek dobrze nam zrobi po paru godzinach w pociągu. Spacer z tobołami nie okazał sie taką przyjemnością na jaką liczyliśmy. Po nocnym zwiedzeniu "uroczego" o tej porze roku portu jachtowego, gdzieś nam wcięło Paćka. Na szczęście Radzio był pod komórką. Docieramy w końcu na miejsce, białe burty Zawiszy widać z daleka. Przy trapie spotykamy kilku znajomych wybierających sie jeszcze na piwko. My już mamy dość nocnych spacerów, chętnie zwalimy się na koji i chwilkę odpoczniemy. W mesie spora część załogi już śpi, ale większa jej część jeszcze wesoło biesiaduje. Znajdujemy wolne koje, zwalamy rzeczy i dołączamy do biesiady. Koło 3000 idziemy spać, trzeba w końcu trochę odpocząć!
1 Marca 2008
Sobota, 8000 rano, w mesie pojedyncze osobniki wygrzebują się powoli z swoich "szuflad". Przydałoby się umyć ząbki, ale gdzie tu jest łazienka ? Na szczęście inni członkowie załogi są lepiej poinformowani od nas. Ząbki umyte, poranna kawka na pokładzie połączona ze zwiedzaniem Zawiszy Czarnego w świetle dnia. Dopiero teraz dostrzegamy prawdziwe różnice miedzy taką jednostką a jachtem mazurskim. Żaglowiec robi ogromne wrażenie. Wszędzie gruba, ciężka stal pomalowana niezliczonymi warstwami farby i liny o grubości do której ciężko sie przyzwyczaić szuwarowym żeglarzom. Wszystko tu dla nas jest ogromne, szekle, bloki, odbijacze.
Zawisza Czarny jeszcze przy nabrzeżu w Gdyni.
O godzinie 1000, rozpoczęło się spotkanie całej załogi na pokładzie rufowym. Poznaliśmy kapitana, stałą część załogi i dowiedzieliśmy się kto jest w której wachcie. Ja, Paciek i Zuza zostaliśmy przydzieleni do pierwszej wachty, obsługującej przednie żagle a przy manewrach portowych cumy. Podczas spotkania, zapoznaliśmy się z organizacją pracy na jachcie i zasadami bezpieczeństwa. Po spotkaniu na rufie wszystkie wachty rozeszły się, żeby zapoznać się bliżej z żaglami na których będą pracować. Tomek, nasz oficer wachtowy, przeprowadził podstawowe szkolenie z obsługi kliwra i sztafoka. Ponownie dużo usłyszeliśmy o bezpieczeństwie, szczególnie jak poruszać się na bukszprycie i po pokładzie dziobowym w ciężkich warunkach pogodowych. Przed obiadem należało jeszcze uzupełnić zapasy tj. piwko, fajki i słodycze. Ruszyliśmy zatem szybko do sklepu, żeby wrócić przed obiadem, zdążyć zrobić klar na kojach i przygotować sie do wyjścia.
Obiad przygotowany przez naszego kuka, Pana Józka, był wyśmienity. Pan Józef Krygier to prawdziwy skarb, jedzenie podczas całego rejsu zawsze było smaczne i na czas, niezależnie od warunków na morzu. Podczas obiadu przyszedł kapitan i poinformował nas że, w związku z huraganem Emma, popłyniemy na razie na Hel. Tam przestoimy noc a dopiero w niedzielę rano wyjdziemy w kierunku Szwecji, oczywiście o ile warunki na to pozwolą.
O 1350 rzuciliśmy cumy i postawiliśmy sztafoka. Statek, pod naporem wiatru z kierunku WNW, powoli i dostojnie odszedł dziobem od nabrzeża. Pamitam, że bosman głośno krzyknął "Uwaga na latarnię! Zdarzyło się kiedyś, że przy takim manewrze Zawisza zachaczył bukszprytem o latarnię na nabrzeżu. Odeszliśmy bez przygód a latarnia pozostała na swoim miejscu. Po 10 minutach minęliśmy już główki portu Gdynia z zaczęła sie praca z żaglami. Nasza wachta postawiliła kliwra a ja z Paćkiem zostaliśmy na dziobie "na oku". Po prawej burcie widzieliśmy statki handlowe, które schroniły się przed "Emmą" na redzie. Główki portu na Helu minęliśmy ok. 1630, jeszcze przy spokojnym wietrze. Bezpiecznie zacumowaliśmy w helskim porcie, jednak liczba założonych cum i szpringów nie wróżyła spokojnej nocy.

