Kanał La Manche

Zeebrugge  -  Saint Malo  -  Guernsey  -  Portsmouth  -  Londyn  -  Ramsgate


Nasz rejs po kanale La Manche był po trosze zasługą przypadku. Zimą przygotowywaliśmy zupełnie inny rejs po fiordach Norwegii. Wiosną, nie z naszej winy musieliśmy zmienić plany i szybko zaplanować inny rejs. Po kilku rozmowach z Andrzejem uzgodniliśmy, że płyniemy na kanał La Manche. Trzeba było tylko znaleźć jacht i przygotować trasę. Wbrew obiegowym opiniom, wcale nie było łatwo znaleźć odpowiedni jacht. Łódka miała mieć około 40 stóp długości, wnętrze mieszczące swobodnie 8 osób, musiała być wyposażona w radar i najważniejsza rzecz to łódka musiała mieć region żeglugi po kanale La Manche. Jachtu szukaliśmy w Belgii i Holandii, bo uznaliśmy, że będzie to najwygodniejsze miejsce rozpoczęcie rejsu. Bez większego problemu można dojechać tam samochodem, bo w końcu to tylko 13 godzin po autostradach. Z Belgii jest stosunkowo blisko do ciekawych portów Francji, Anglii i na Wyspy Normandzkie. Po tygodniowym przeszukiwaniu internetu znaleźliśmy całkiem młody, dobrze wyposażony jacht Oceanis 43 z belgijskiego portu Zeebrugge.

Parę słów o Kanale La Manche nazywanym również Kanałem Angielskim. Jest to jeden z najczęściej uczęszczanych szlaków żeglugowych na świecie. Łączy takie znaczące porty morskie jak Rotterdam czy Hamburg z Oceanem Atlantyckim. Po stronie francuskiej kanału położone są porty: Hawr, Cherbourg, Boulogne-sur-Mer, Calais i Dunkierka. Po stronie brytyjskiej ważniejsze porty to: Dover, Portsmouth, Plymouth i Southampton. Kanał La Manche znany jest jednak z trudnych warunków żeglugi ponieważ często występują tu burze i mgły. Ponadto przez kanał przebiegają liczne połączenia promowe między Wielką Brytanią a Francją i Belgią. Do tego występują tu pływy, które należą do najwyższych na naszym globie, co z kolei powoduje bardzo silne prądy. Wszystkie te czynniki powodują, że od żeglarzy wymagane jest staranne planowanie przelotów oraz maksymalna koncentracja przy nawigacji.

Rejs rozpoczynaliśmy w Zeebrugge, czekał tam na nas s/y SIRTAKI czarterowany z firmy Chanell Sailing. Zeebrugge to małe portowe miasto w północnej Belgii, nad morzem północnym. Port ma bardzo ciekawą i burzliwą historię. Jeszcze 100 lat temu, w miejscu gdzie obecnie znajduje się port Zeebrugge, były plaża i wydmy. Na początku XX wieku port w Brugge został portem morskim. W ciągu pierwszych kilku lat ruch morski był niewielki. Do portu zawijało rocznie tylko 200-250 statków. Spowodowane to było głównie brakiem właściwych połączeń drogowych i kolejowych z portem. Próbowano ożywić port ruchem pasażerskim ale bez większego skutku.

Podczas I wojny światowej Niemcy uznali położenie Zeebrugge za strategiczne i umieścili tam flotę okrętów podwodnych. W porcie zbudowano specjalne pióra do ochrony okrętów podwodnych a nabrzeża było chronione przez ciężką artylerię. W związku z dużym siłami niemieckimi, Brytyjczycy długo zwlekali z atakiem na Zeebrugge. Po tym jak w 1917 niemieckie łodzie podwodne zatopiły statki o łącznym tonażu blisko 6 milionów ton, Brytyjczycy byli zmuszeni podjąć działania zmierzające do wyeliminowania niemieckich łodzi podwodnych z walki. W dniu 22 kwietnia 1918 roku, wiceadmirał Keyes dowodząc flotyllą 168 statków i małych łodzi rozpoczął atak na Zeebrugge. Trzy krążowniki, w tym "Vindictive", próbowały wyeliminować niemiecką ciężką artylerię. Tymczasem trzy inne krążowniki wypełnione cementem podjęły próbę dotarcia do śluzy przed wejściem do portu morskiego. Tam miały zostać zatopione, blokując wyjście niemieckiem okrętom podwodnym na morze. Atak zakończył się sukcesem, bo udało się zatopić w wejściu do portu dwa z trzech krążowników wypełnionych cementem. Po pierwszej wojnie światowej port został kupą gruzu. Dopiero w 1920 r. port został ponownie otwarty dla statków. W 1929 roku, belgijski rząd zdecydował, że poniesie koszty operacji pogłębiania we wszystkich belgijskich portach. W tym samym roku, do Zeebrugge zawinęło już 1000 statków i przeładowano ponad 1 mln ton towarów. Niestety dobre czasy nie trwały zbyt długo bo wielki kryzys skutecznie spowolnił rozwój portu. Okres II wojny światowej nie był dla portu łatwy. Tuż przed przybyciem wojsk niemieckich, zatopiono w strategicznych punktach kilka statków, wysadzono śluzy i inne budowle hydrotechniczne w porcie. Niemcy naprawili szkody ale po kilku latach, tuż przed wyzwoleniem zniszczyli urządzenia portowe. Zeebrugge musiał być odbudowywany po raz kolejny. Prawdziwy powrót na arenę międzynarodową nastąpił dopiero w wyniku kompleksowej rozbudowy portu w 1970 i 1985 roku.

Z Warszawy ruszyliśmy koło 0400. W Tarnowskich Górach dołączyło drugie auto z chłopakiami ze Śląska. Na Śląsku tankowanie do pełna i kierunek Wrocław, później Berlin. Mimo tego, że do Beligii mieliśmy 1300 km to droga zleciała naprawdę szybko. Do Zeebrugge dojechaliśmy koło 1800. Nawigacja zaprowadziła nas dokładnie przed furtkę przystani jachtowej. Jak tylko weszliśmy na teren mariny podszedł do nas bosman, który okazał się jednocześnie armatorem naszego Sirtaki. Jako, że byliśmy godzinę przed umówionym czasem jacht był jeszcze sprzątany. Po pół godzinie mogliśmy odebrać jacht. Na stoliku nawigacyjnym leżała lista wyposażenia, którą mieliśmy sprawdzić i zaznaczyć zauważone uszkodzenia i braki w wyposażeniu. Stan i wyposażenie jachtu zgadzały się z opisem jachtu na stronie Chanell Sailing i naszą umową. Koło 20.00 mieliśmy odebrany jacht i mogliśmy zacząć ształowanie naszych rzeczy. Po załadowaniu śpiworów, ciuchów i zapasów "spożywczo-pitnych" wypiliśmy po zasłużonym drinku. Omówiliśmy plan na kolejny dzień i koło północy poszliśmy spać. Musieliśmy trochę odpocząć po długiej drodze bo rano chcieliśmy wyjść do Saint Malo.

W poniedziałek (21.06.2010), zgodnie z planem wstaliśmy wcześnie rano. Musieliśmy zrobić drobne zakupy spożywcze (swieże owoce, warzywa, jajka itp) i przygotować jacht do wyjścia w morze. Ze znalezieniem supermarketu w Zeebrugge nie mieliśmy problemu. Doskonałym punktem odniesienia w Zeebrugge jest widoczny z daleka kościół. Supermarket Carrefour znajduje się 200 m na prawo od kościoła (Kustlaan 85). Przy tej samej ulicy znajdziemy również bankomaty (ING BANK - Kustlaan 168, KBC BANK - Kustlaan 93). Jeżeli mamy chwilę czasu to warto zobaczyć morski park rozrywki SEAFRONT w budynku dawnego targu rybnego. Można również zwiedzić latarniowiec ”West Hinder” oraz radziecką łódź podwodną klasy Foxtrot. My niestety nie mieliśmy zbyt wiele czasu na zwiedzanie i po zaształowaniu zakupów, koło godziny 0940 oddaliśmy cumy. Port w Zeebrugge to ruchliwy port morski i promowy. Przed wyjściem z przystani jachtowej należy zgłosić się do Zeebrugge Port Control na kanale 71. W sytuacji gdy ze śluzy wychodzi lub wchodzi do niej statek, to poproszą nas żebyśmy poczekali. Zaraz po wyjsciu z mariny, po prawej stronie mijaliśmy nabrzeże marynarki wojennej i zacumowane tam okręty wojenne. Tego dnia ruch w porcie był spory ale wyszliśmy bez żadnych przygód. O 1015 mijamy główki portu.

     

Otwarte morze przywitało nas silnym wiatrem z północy i bardzo nie przyjemną falą od dziobu. Odeszliśmy od lądu kilka mil i obraliśmy kurs na zachód wdłuż wybrzeża. W miarę jak oddalaliśmy się od Zeebrugge wiatr slabł i zaczęło się przejaśniać. Po południu wiło już tylko 3B i świeciło słoneczko. Po 1900 byliśmy na wysokości Dunkierki. Zaraz za Dunkierką, w promieniach zachodzącego słońca widać było charakterystyczne reaktory elektrowni atomowej w Gravelines. W nocy około 2300 wchodzimy na Dover Strait, cieśninę stanowiąca najwęższą część kanału La Manche. Cieśnina Kaletańska uznawana jest za jedną z najbardziej ruchliwych dróg wodnych, przez którą przepływają około 250 statków dziennie. Płynęliśmy w strefie przybrzeżnej, poza system rozgraniczenia ruchy (TSS) ale i tak ruch promów i innych statków był bardzo duży. Przy przechodzeniu przez Dover Strait napradę uważnie trzeba obserwować inne jednostki, żeby nie wylądować komuś przed dziobem. Emocje zwiazane z przejściem cieśniny nie dawały nikomu zasnąć, mimo późnej godziny wszyscy byli na nogach. Gdy minąlismy Boulogne-sur-Mer ruch statków znacząco się zmniejszył i częśc załogi poszła spać. We wtorek od rana świeciło przepiękne słońce i wiało w porywach 2B. Spokojna, wręcz nudna żegluga na auto pilocie sprawiła, że trochę zatęskinliśmy za emocjami i ruchem z Dover Strait. Noc minęła równie spokojnie. W środę nad ranem minęliśmy Cherbourg. Zastanawialiśmy się czy nie zacumować tam na pół dnia ale ostatecznie uznaliśmy, że lepiej nie tracić czasu i płynąć prosto do Saint Malo. O 0700 dopływamy do najdalej wysuniętego w morze punktu półwyspu Contentin czyli przylądka La Hague (Cap de la Hague).

Przepłynęliśmy pomiędzy przylądkiem La Hague a wyspą Alderney. Pogoda była słoneczna ale niestety praktycznie bezwietrzna, wiało może 1B. Nasz Oceanis przy tym wietrze praktycznie stał w miejscy. Odpaliliśmy więc "diesel grota" i płynęliśmy powoli w kierunku Saint Malo.